Start Szukaj Regulamin MovieQuiz Filmy w TV Użytkownicy   Załóż konto Zaloguj się
Nowe posty Subskrypcje Moje posty Ulubione Ustawienia    
Kanar
Avatar użytkownika
Niewolnik kina
Mężczyzna
Plakaty:
7270276.2.jpg 7269611.2.jpg 7268503.2.jpg

Twórcy:
Reżyseria: Michael Mann
Scenariusz: Ronan Bennett, Michael Mann, Ann Biderman
Zdjęcia: Dante Spinotti
Muzyka: Elliot Goldenthal


Obsada:
Johnny Depp: John Dillinger
Christian Bale: Melvin Purvis
Marion Cotillard: Billie Frechette
Channing Tatum: Pretty Boy Floyd
Stephen Dorff: Homer Van Meter
Jason Clarke: John 'Red' Hamilton
John Ortiz: Frank Nitti
Giovanni Ribisi: Alvin Karpis
David Wenham: Pete Pierpont
Stephen Graham: Baby Face Nelson


Fabuła:
Legendarni amerykańscy gangsterzy i mniej znani federalni agenci, którzy poświęcili nie tylko swoje życie, aby każdy na całym świecie czuł się jak w rodzinie. "Public Enemies" jest filmową adaptacją książki Bryana Burrougha pt."Public Enemies: America's Greatest Crime Wave and the Birth of the FBI, 1933-34". Akcja filmu rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych w latach Wielkiego Kryzysu i skupia się na pracy FBI, a dokładnie ujmując na działaniach Melvina Purvisa (Christian Bale), wyznaczonego do zatrzymania lub zabicia takich kryminalistów jak: John Dillinger (Johnny Depp), Baby Face Nelson (Stephen Graham) i Pretty Boy Floyd (Channing Tatum).


Bardzo dobry film. Myślałem, że "Zakładnik" to jedyny film Manna który zasługiwał na to by obejrzeć go w kinie. Aż do momentu gdy obejrzałem zwiastun "Wrogów publicznych". Wszystko się świetnie prezentowało. Aktorzy, zdjęcia, muzyka. I okazało się że wszystko razem tworzy jak dotąd (z tych filmów co widziałem) najlepszy film roku. Johnny Depp tworzy jedną ze swoich najlepszych ról w swoim dorobku. Mimo że jest absolutnym bandziorem, jest postacią której można kibicować. Marion Cotillard oraz Christian Bale spisali się znakomicie. Zdjęcia są absolutnie fantastyczne! Choć sposób filmowania jest podobny do tego z "Zakładnika" jest równie powalający. Dobrze spisał się kompozytor - Elliot Goldenthal. Końcowa muzyka chwyta za gardło i nie chce wyjść z pamięci. Trzeba koniecznie wspomnieć o dwóch utworach Otisa Taylora, jakimi są Ten Million Slaves oraz Nasty Letter. I choć ani razu nie prezentują się całkowicie to w poszczególnych scenach dodają klimatu. Sceny akcji - bomba! Właściwie jedynym minusem jest to, że czasem miałem problem z pojedynczymi postaciami. Ponieważ wszyscy mężczyźni w filmie są tak samo ubrani, uczesani i ogoleni, trudno było ich odróżnić od siebie. Poza tym film się bardzo dobrze ogląda. Mam nadzieję że będzie rozpatrzony w przyszłorocznych Oscarach, a przynajmniej za zdjęcia, bo nie wiem czy jakikolwiek film powali mnie wizualnie bardziej niż "Wrogowie...". Moja ocena: 8/10.
_________________
Iron Man - 7/10
Wrogowie publiczni - 8/10
Transformers: Zemsta upadłych - 6/10
Wyrolowani - 8/10
Synecdoche, New York - 7/10
W pogoni za Amy - 7/10
Spirit. Duch Miasta - 3/10

Melvin Purvis: What keeps you awake nights, Mr. Dillinger?
John Dillinger: Coffee.

- Public Enemies (2009)
roza
Avatar użytkownika
Adept
Kobieta
Johnny Depp w roli mordercy i bandyty, wydawałoby się że trzeba będzie go pokochać mimo jego licznych wad. Nie, John Dillinger mimo że był amerykańskim bohaterem lat trzydziestych, w filmie nie daje się specjalnie polubić, co mnie bardzo zaskoczyło.
Sensacyjnych kryminałów nie lubię, ale Gorączka Manna bardzo mi się podobała, dokładnie nie wiem dlaczego ale pamiętam to piękne morderstwo tancerki na lodzie i że grał tam Pacino i De Niro to też piękne, idąc tym tropem pomyślałam że z WP też zaiskrzy. Trochę obojętnie mi się to oglądało, tak dziwnie z ręki to nagrali.
Nad fabuła nie będę się rozwodzić bo jest prosta przez cały film ścigają Johna i jego drużynę, a finał jest przewidywalny nawet jak nie zna się historii Dillingera, dużo strzelają. Od genialnych scen aż gęsto, dla nich warto obejrzeć.
lalapo
Avatar użytkownika
Moderator
Kobieta
Największe zastrzeżenia mam w przypadku zdjęć. Bardzo mi się nie podobały. O ile na początku jeszcze tak nie raziły, to w scenach pościgów, pobić i strzelanin nie mogłam patrzeć na ekran. Z tego co wyczytałam, był to zabieg świadomy, mający na celu urealnienie całego filmu. Moim zdaniem wyszło wręcz przeciwnie.
Z pozostałych elementów składowych (tj. aktorstwo, fabuła, muzyka) jestem bardzo zadowolona. Myślałam, że Christian Bale będzie miał większą rolę, a historia będzie się opierać głównie na pościgu i na starciu Johna Dillingera z Melvinem Purvisem. Otrzymałam za to ostatnie dni z życia jednego z najsłynniejszych gangsterów Ameryki ze szczególnym naciskiem na życie uczuciowe (trochę ckliwe momentami).
Podobało mi się również pojawienie się wielu znajomych twarzy. Niestety, były to tylko epizody w ich wykonaniu i tak jak wcześniej było wspomniane, postaci często mi się ze sobą myliły.
Mimo wszystko, seans uważam za bardzo udany. 140 minut minęło błyskawicznie. Mann znowu pokazał, że potrafi robić dobre kino kryminalne.
_________________
Przecież to mój kubeczek, to mój kubeczek z wiewiórką jest!
Dishman
Avatar użytkownika
Fanatyk kina
Mężczyzna
Z jednej strony ogląda się dobrze, choć może nieco przydługo.
Dobrze prezentują się sceny strzelanin, to wartka akcja, dynamiczna, chociaż kamera nie lata jak ogłupiona. Sceny strzelanin na ulicy są skopiowane z Gorączki. To samo chowanie się za autem i wychodzenie z banku.

Czekałem na rolę Deppa i jedyne co mi się tam podobało, to jego charakterystyczny uśmieszek, dokładnie taki jak na trzecim plakacie tutaj wklejonym. Ale nie rozumiem dlaczego Amerykanie kochali Dilingera. Nie rozumiem tego, bo Mann o tym zapomniał. Ludzie go lubili, bo okradał banki, a zostawiał zwykłym ludziom kasę? O co tu chodzi?

Fajne są też sceny gdy Dilinger wchodzi np. na posterunek policji, do wydziału d/s Dillignera, pyta się oglądających policjantów o wynik meczu, po czym spokojnie odchodzi.
Zdecydowanie mocniejsze wrażenie zrobił Bale. Jego Melvin Purvis wchodzi mocnym uderzeniem za pościgiem w sadzie i bezwzględnością. To utrzymuje się do końca.

Zabrakło mi jednak korelacji policjanta z bandytą. Tak było w Gorączce, tam czuło się tą zależność policjanta od złodzieja. Tutaj jedyną wymowną sceną jest scena w więzieniu, ale to tylko taki smaczek, a powinno być tego więcej.

Jestem trochę zawiedziony, bo oczekiwałem porządnego kopa, a dostałem zwykły zabijacz czasu.
_________________
Postawiłem sobie ambitny cel i zamierzam go zrealizować.
roza
Avatar użytkownika
Adept
Kobieta
Mann kręcąc drugi film o podobnej tematyce musiał wybrać odmienną konwencję, przewidział że wszędzie będą kontrastowane te dwa filmy. Myślę że mu się to udało, nawet na pewno. Może ciemny obraz z reki nie posiada najwyższej jakości, z drugiej jednak strony całkiem dobrze prezentuje elegancję lat trzydziestych, oczywiście dużą role odegrała tu też scenografia i charakteryzacja, to plus\minus. Wydaje mi się że Wrogowie są bardziej wyrafinowani i trafią do węższej grupy odbiorców niż Heat, ale to czas pokaże. Tak jak już pisałam wadą filmu jest uproszczenie postaci głównego bohatera do minimum, nie było czasu na żmudny proces kształtowania jego osobowości i budowania zaufania u widza.
maxinho
Avatar użytkownika
Fanatyk kina
Mężczyzna

Kanar:
najlepszy film roku.

A dla mnie największe rozczarowanie roku choć nie twierdzę, że film jest zły. On jest niedopracowany. Przede wszystkim źle się go ogląda z powodu fatalnych zdjęć, które z miejsca powinny dostać koszyk złotych malin. Przy zbliżeniach czy szybkich przejściach obraz się rozmywa i meczy oko, a ciągły ruch kamery nawet przy spokojnych scenach spowodował, że zacząłem przypuszczać u pana operatora Spinotti adhd.

Można też było skrobnąć lepszy scenariusz bo prezentowana historia nijak nie potrafi wciągnąć. Owszem mamy interesującego gangstera, który w szarmancki sposób zdobywa kobietę, dba o nią, jest lojalny wobec przyjaciół, nie okrada zwykłych obywateli, ale też zabija z zimną krwią i kpi sobie z amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Niestety scenariusz nie daje mu szansy zabłysnąć, rozwinąć skrzydeł, a także nie ma on godnego charyzmatycznego przeciwnika. Purvis to tylko policjant i jest nudny, że hej.

Sceny akcji niczym nie imponują choć nie są znowuż najgorsze. Atak na chatę w lesie i późniejsza ucieczka wyszłaby całkiem fajnie gdyby nie zdjęcia. Właściwie ciekawszy od strzelanin był romans Johna z Billie. jego niesamowite oddanie i jej poświęcenie zasługiwały na uwagę. Podobnie jak reszta czasami gubiłem się w natłoku nazwisk i podobnie wyglądających facetów, ale zwłaszcza ten podobny wygląd można odbierać na plus bo Ameryka lat 30 oddana została w moim mniemaniu bardzo dobrze. Do atutów "Wrogów publicznych" śmiało mogę jeszcze dodać muzykę i rolę Deppa, który jak zawsze jest formie, ale nie jest to ani jego najlepsza ani najważniejsza rola w dorobku.

Zwykły średniak, ale pewnie nagrody a przynajmniej nominacje się posypią. W końcu nazwiska i kampania reklamowa zrobi swoje.
_________________
Był wrzesień i Grunwald i było Lenino, był Narwik i Arnhem i Monte Cassino, Jagiełło, rycerze, lotnicy, piechota...

A wszystko spierd****ł nam Andrzej Gołota.
Motoduf
Avatar użytkownika
Moderator
Mężczyzna
Największy zawód tego roku. "Wrogowie publiczni" to film nierówny, nudnawy, zupełnie niewciągający i sfilmowany w okropnie irytujący sposób.
Po reżyserze "Gorączki" spodziewałem się ciekawego, mądrze napisanego i zrealizowanego pojedynku dwóch twardzieli, a otrzymałem blady cień świetnego filmu, w dodatku pełny błędów. Cała akcja skupia się na postaci Dillingera, całkowicie pomijając Purvisa. Mann nie dał Bale'owi nawet szansy na pokazanie umiejętności aktorskich - Bale nie dostał ani jednej sceny, którą mógłby zagrać. On tu tylko jest. W dodatku wszystkie postaci (z Purvisem na czele) są tak papierowe, że aż szeleści. "Public Enemies" nie odpowiada zresztą na żadne pytania, które same przychodzą do głowy w wypadku ambitnego kina sensacyjnego. Nie poznamy motywacji bohaterów, nie dostajemy żadnych wskazówek. Oni sobie są, robią, co robią, bo tak jest w scenariuszu i tyle.

Ale to jeszcze nic przy stronie wizualnej. Nie wiem, co Mannowi strzeliło do głowy, żeby użyć kamery cyfrowej. To ani trochę nie pasuje do atmosfery filmu gangsterskiego. Zresztą, jazdy kamery powodują rozmazanie się obrazu i po pół godziny bolą od tego oczy.
Osobną sprawą są zdjęcia - niechlujne i brzydkie. Przez to, że "Public Enemies" jest w większości kręcone z ręki, a Spinotti operuje kamerą tak, jakby kręcił sequel "Blair Witch Project", a nie dramat gangsterski, film po prostu gubi cały klimat, pieczołowicie budowany przez scenografię i kostiumy. W dodatku większość scen akcji (z wyjątkiem strzelaniny w lesie) traci przez to całą dynamikę. Aż żal mi było patrzeć na to, jak masa świetnych scen jest zniszczona przez bezsensowny sposób filmowania.

W dodatku "Public Enemies" miało naprawdę duży potencjał. Dialogi są momentami znakomite, kilka postaci zostało wspaniale zagranych (Stephen Lang w roli Winsteada miażdży), a kilka scen robi wielkie wrażenie (jak choćby scena z Dillingerem na komisariacie, egzekucja Pretty Boy Floyda, moment po wyjściu z kina, czy scena finałowa). Szkoda, że tak zmarnowano wspaniały pomysł na film.
_________________
Ne fais pas cette tete, c’est toi qui me laisse la.
Kanar
Avatar użytkownika
Niewolnik kina
Mężczyzna
Dżizas, czy tylko mi podobały się zdjęcia w tym filmie? :D
_________________
Iron Man - 7/10
Wrogowie publiczni - 8/10
Transformers: Zemsta upadłych - 6/10
Wyrolowani - 8/10
Synecdoche, New York - 7/10
W pogoni za Amy - 7/10
Spirit. Duch Miasta - 3/10

Melvin Purvis: What keeps you awake nights, Mr. Dillinger?
John Dillinger: Coffee.

- Public Enemies (2009)
nyaa
Avatar użytkownika
Fanatyk kina
Kobieta

Kanar:
Dżizas, czy tylko mi podobały się zdjęcia w tym filmie?

Nie tylko, bo mi również. Po zwiastunie wiedziałam, czego mogę się spodziewać i to też było w filmie. Większość pisze o latającej kamerze, ale serio ja tego nie odczułam. Dla mnie zdjęcia, które w zwiastunie wyglądały dziwnie, na dużym ekranie już zdecydowanie lepiej. Zaskakujące były jedynie tak duże zbliżenia na twarze bohaterów.

Film dobry, chociaż mogło być zdecydowanie lepiej. Nie rozumiem po co Mann zrobił tak długi film tym bardziej, że spokojnie można byłoby niekóre sceny wyciąć i skrócić do standardowego czasu 1 godz i 50 minut. Dzięki temu obraz nabrałby dynamizmu, bo chociaż niby dużo się dzieje, to jakby nie patrzeć sceny akcji można policzyć na palacach jednej ręki. Podobnie jak większość trochę jestem rozczarowana wątkiem Purvisa, który nawet nie dostał szansy, aby stanąć do pojedynku z Dilingerem. Wiem, że to nie Gorączka i nie musi nią być, ale trochę szkoda tylu dobrych aktorów, którzy właściwie są wrzuceni jako tło, całkowicie niewykorzystany potencjał. Inna rzecz to ckliwe sceny, których jest zdecydowanie za dużo. Szczerze mówiąc nie uważam, aby wątek miłosny był na tyle istotny, aby stać się właściwie jednym z głównych wątków filmu.

Największym autem filmu jest Johnny Deep, który stworzył rewelacyjną postać. Kolejnym - świetne sceny strzelaniny w lesie, które robią ogromne wrażenie, tym bardziej, że rozgrywają się w nocy. Szczerze muzyki nie zarejestrowałam, ale to mi sie często zdarza, więc niekoniecznie była zła. Podsumowując Wrogowie publiczni to dobre kino akcji, ale szkoda, że film jest tak nierówny, że momentami opiera się na mniej ciekawym wątku miłosnym, podczas gdy motywy Diligera, przyczyna jego sławy wśród ludu to jedynie nasze domysły. Po Mannie można było się spodziewać trochę więcej, w końcu to znakomity rzemieślnik, któremu naganne byłoby nie stawiać za każdy razem poprzeczki wyżej. W związku z tym zawsze oczekujemy więcej, niż sami możemy sobie wyobrazić. Tak jest i tym razem, ale pomimo tego ten film jest naprawdę dobry.
_________________
Sometimes I can really be a monster. Today I'm just ..... a sea monster.
maxinho
Avatar użytkownika
Fanatyk kina
Mężczyzna

nyaa:
Podobnie jak większość trochę jestem rozczarowana wątkiem Purvisa, który nawet nie dostał szansy, aby stanąć do pojedynku z Dilingerem. Wiem, że to nie Gorączka i nie musi nią być, ale trochę szkoda tylu dobrych aktorów, którzy właściwie są wrzuceni jako tło

Porównania do "Gorączki" są nieuniknione, ale na dobrą sprawę każdy porządny film sensacyjny opiera się na pojedynku silnych osobowości dobrego i złego. A jeżeli autor już postanawia skupić się bardziej na jednym z nich to powinien mieć on więcej okazji żeby widz go lepiej poznał i zrozumiał co go doprowadziło do miejsca, w którym jest i co nim tak naprawdę kieruje. Mann niestety pokpił sprawę i wyszło co wyszło.
_________________
Był wrzesień i Grunwald i było Lenino, był Narwik i Arnhem i Monte Cassino, Jagiełło, rycerze, lotnicy, piechota...

A wszystko spierd****ł nam Andrzej Gołota.
Donia Agata
Avatar użytkownika
Fanatyk kina
Kobieta
Moje trzy grosze na temat filmu. Poszłam na niego tylko ze względów towarzyskich, w ramach wspólnego wypełnienia sobotniego popołudnia z kimś bliskim, kto lubi tego typu kino. Nawet Depp mnie wcześniej jakoś specjalnie nie motywował, tyle różnych ról ten facet zagrał, jedna mniej, jedna więcej: pirat, agent, gangster, dealer, romantyczny kochanek ze snów – wiadomo, on zawsze sobie świetnie radzi. Nie przepadam za schematycznymi, poważnymi, filmami o gangsterach, przejadły mi się skutecznie jakieś parę lat temu... No, chyba, że trafi się coś tak smakowitego jak „Wściekłe psy”, wtedy ocieram usta ze smakiem, chętna ciągle na coś podobnego. „Wrogowie publiczni” fabularnie nie odbiega od filmów z gangsterką w tle, nie wyróżnia się niczym specjalnym (a nawet jest słabszy od wielu innych), dzięki czemu miałby szansę zapaść widzowi na dłużej w pamięci. No, chyba, że jest się bezkrytycznym wielbicielem Manna, tudzież zwariowanych na jego punkcie fanów. :)

Jedyne co warte jest zauważenia, o czym zrezsztą już tu wielokrotnie wspomniano, to technika filmowania. Czy jest ona rewelacyjna, zależy z jakiego punktu widzenia na to spojrzeć. Jeśli siedzi się w kinie, powiedzmy w szóstym rzędzie, to szlag czlowieka trafia z powodu zamysłu filmowanie z tzw. ręki, Bo wszystkie gęby, czy inne wieksze lub mniejsze szczegóły zlewająsię w jedno i nic praktycznie nie widzisz, przynajmniej do chwili, kiedy wzrok się oswoi z latającą kamerą i zaczynasz wreszcie prawidłowo odbierać i kojarzyć, kto do kogo strzela. Ciekawe, że manniacy Manna, zachwycający się z zapałem jego manierą filmowania, a z równym zapałem krytykuję Von Triera.
Poza tym, druga wkurzająca rzecz - maniera rodem z filmów telewizyjnych – maksymalnych zbliżeń twarzy, nawet nie twarzy, a jej fragmentów. Zupełnie tego nie rozumiem, po co mi oglądać kawalątek (!) nosa agenta FBI, powiększony na cały ekran, tak jakbym była na zajęciach z dermatologii na temat sposobów zamykania porów skóry. Osobiście jestem wielką zwolenniczką zbliżeń kamery, ale tylko wtedy, gdy widzę tego sens, gdy mam zaobserwować jakąś mimikę, poruszenie jakiegoś nerwu, czy wyraz oczu, ewentualnie jakieś ciekawe odbicie w tęczówce oka etc. Tutaj, wszystkie te pretensjonlane (wg mnie) zabiegi Manna, zwalam na jego silenie się na oryinalność, by kolejny film, wyróżniał się czymś od poprzednich, a że nie może się specjalnie wyróżnić fabułą (gangster w zasadzie gangsterowi równy), to trzeba było go jakoś wyjątkowo sfilmować, zupełnie inaczej jak się to robiło do tej pory.

Poza tym film jest rzetelnie zrobiony, zdjęcia wyłączając latające - też przyzwoite - jakość!, świetna ścieżka dźwiekowa, dobra obsada,ale niestety, bez roli roku. Depp nie mogł się tym razem wielce wykazać. Bale robił co mógł, ale i tak nie przebił wielu swoich poprzednich ról. Postać Dillingera nakreślona jest bardzo lekką, powierzchowną kreską. Ten facet nie wyróżnia od jemu podobnych, łupi banki, tak samo bezwzględnie jak wszyscy przed nim i po nim. A że zostawia forsę klientowi, którą przed chwilą wypłacono mu w kasie.... mój Boże, czym tu się wzruszać! Te parę dolarów, czym one są wobec tych tysięcy zrabowanych z bankowego sejfu. Być może niektore z nich należały do jakiegoś uczciwego niebogatego ciułacza, któremu właśnie zrabowano oszczędności całego życia. Śmieszą mnie takie hagiograficzne zapędy autorów gangsterskich życiorysów, którzy chcą uczynić romantycznych bohaterów z ludzi bezwględnych, złodziei, często morderców, kierujących się w życiu tylko swoim materialnym interesem.
Dillinger, nie wzbudza w widzu, jakichś większych emocji, wyrazów sympatii. Tak naprawdę jest nam obcy. Owszem, wiemy, że jest odważny, a może bardziej zdesperowany i szalony, czasem pozuje na dżentelmena. Na pewno jest bardzo samotny – na niczym mu więc nie zależy, oprócz pieniędzy i posłuchu wśród kompanów, daje mu to jakiś względny status w jego przestępczym światku. Ktoregoś dnia zakochuje się w przypadkowo spotkanej kobiecie. Jest ona piękną, ale i bardzo skromną, wręcz ubogą, istotą. Łudzimy się wraz z nią, że może wreszcie ten niespokojny duch zawinie do jakiejś przystani, w końcu ma pieniądze, ustatkuje się i zacznie żyć, jak pan Bóg przykazał. Ale nie, jemu ciągle mało (znamy doskonale ten schemat gangstera "zapracowującego" się na śmierć), naraża na kłopoty, krzywdzi dziewczynę, a przede wszystkim siebie. Tak jakby nie umiał, bał się normalnego życia, jakby chciał popełnić samobójstwo rękami policyjnych agentów. Zamiast podziwu, budzi współczucie.
Tyle energii, taki potencjał został zaprzepaszczony, tyle krzywdy rozsianej wokół siebie – wszystko to za sprawą charyzmy, inteligencji skierowanej w złą stronę. Z powodu kryzysu? Z powodu jakichś nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, o których nie wiemy? Na to pytanie nie dostajemy w filmie odpowiedzi. Możemy tylko ubolewać, że człowiek, który prawdopodobnie umiał kochać, nie umiał żyć. A propos kochania – wątek romansowy w filmie jest słabawy, między kochankami nie specjalnie iskrzy. Cotillard – piekna, ale Depp, jakoś mało przekonujący jako wielbiciel jej urody. Wygląda na to, że bardziej kocha adrenalinę i pieniądze, niż ją. No nie wiem, po raz pierwszy chyba, nie jestem powalona na kolana grą Deppa, rola wypełniona jest dobrze – fajny uśmieszek, ale tak jak wspominałam, jego Dillinger jest chłodny i obcy ( nie rozumiemy go), mimo tych kilku spektakularnych ocieplających gestów, jakie wykonuje (zwrot pieniędzy, czy ostatnie "żegnaj blackbird", chęć otoczenia opieką kobiety).

Film nienajgorszy /zgodzę się z maxinho i innymi/, ale widziałam znacznie, znacznie lepsze i bardziej gorące – ot, choćby „Bonnie i Clyde” (Faye Dunaway i Warren Beatty), że o „Dawno temu w Ameryce” nie wspomnę.
_________________
"Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/

http://www.baba-o-filmach.blog.pl/
Mirek09
Avatar użytkownika
Pasjonat kina
Mężczyzna
To ja się dołączę jako kolejny któremu ujęcia z ręki nie przeszkadzały a nawet i w miarę się spodobały rzetelnie oddając panujący chaos podczas strzelaniny oraz na chwilę odskakując od statycznego kręcenia obrazu. Co więcej film może i nie idealny ale bardzo rzetelnie wykonany tzw. rzemieślnicza robota. Jednakże film nie jest typowo biograficzny/przedstawiający historię Dillingera a jedynie ukazuję powierzchownie jego losy oraz struktury działań wczesnego FBI a nawet jeszcze BOI. Można by poświęcić więcej czasu samemu Dillingerowi jak i Purvisowi bo obie postacie są ciekawe aczkolwiek owy czas zmarnowano trochę to na romans to znowu na coś innego.


Donia Agata:
Ten facet nie wyróżnia od jemu podobnych, łupi banki, tak samo bezwzględnie jak wszyscy przed nim i po nim. A że zostawia forsę klientowi, którą przed chwilą wypłacono mu w kasie.... mój Boże, czym tu się wzruszać! Te parę dolarów, czym one są wobec tych tysięcy zrabowanych z bankowego sejfu. Być może niektore z nich należały do jakiegoś uczciwego niebogatego ciułacza, któremu właśnie zrabowano oszczędności całego życia. Śmieszą mnie takie hagiograficzne zapędy autorów gangsterskich życiorysów, którzy chcą uczynić romantycznych bohaterów z ludzi bezwględnych, złodziei, często morderców, kierujących się w życiu tylko swoim materialnym interesem.


Oj ja tutaj się nie zgodzę. W filmie faktycznie ukazano to trochę pokracznie aczkolwiek Dillingerowi trzeba przyznać to że nie był typowym bezwzględnym brutalnym bandziorem. Rabował banki nie wyrządzając przy tym większych krzywd dopóty dopóki nie trafił się takowy Nelson :dead: kiedy to wszystko przybrało inny obrót. Jeśli Dillinger był bezwzględny to jaki musiał być Al Capone ? :shock:


Donia Agata:
Dillinger, nie wzbudza w widzu, jakichś większych emocji, wyrazów sympatii. Tak naprawdę jest nam obcy. Owszem, wiemy, że jest odważny, a może bardziej zdesperowany i szalony, czasem pozuje na dżentelmena. Na pewno jest bardzo samotny – na niczym mu więc nie zależy, oprócz pieniędzy
i posłuchu wśród kompanów, daje mu to jakiś względny status w jego przestępczym światku.


We mnie wzbudził. Może nie jakieś na miarę owego bohatera aczkolwiek on jest inny od pozostałych. Sam fakt że owy rabunek na pociąg miał być ostatnim bo chciał z tym skończyć i "odejść na emeryturę" i poświęcić się kobiecie którą kochał. Może brzmi to ckliwie i oklepanie ale to właśnie czyni go innym.

Ale dosyć o Johnie. Podsumowując film na mocne 7 i plus za muzykę wykorzystaną w filmie. Jest klimat lat 30' czyli to co tygryski lubią najbardziej jest dobra gra aktorska jest Depp i Bale. Wystarczy na stojący na przyzwoitym poziomie seans. Nie ważne jak ma się do tego prawda. Osobiście polecam :)
_________________
Everybody's taking everything they wanna give
But when you're feelin sorry you're dyin right when you wanna live
But when you try so hard you ain't gonna get that far
Because in these times of fate you're realizing who you are
michnik
Avatar użytkownika
Fanatyk kina
Mężczyzna

Motoduf:
Największy zawód tego roku.

Z niesamowitym bólem serca muszę przyznać rację. "Public Enemies" miało ogromny potencjał, który zupełnie nie został wykorzystany. Film jest nudny, akcja wlecze się niemiłosiernie, sposób filmowania wcale nie poprawia sytuacji, tylko momentami powoduje, że widz czuje się jeszcze bardziej zmęczony, ale to, co boli najbardziej, to że z oczekiwanego pojedynku aktorskiego Bale'a z Deppem nic nie wyszło. A wszystko przez to, że rola Melvina to kompletna pomyłka, na czym najbardziej cierpi Bale. Zupełnie nie dał mu Mann okazji, żeby rozwinąć skrzydła. Po fantastycznej scenie, kiedy pojawia się po raz pierwszy przy akompaniamencie Ten Million Slaves naprawdę miałem nadzieję, że będzie dobrze. A jak się okazało, poza tą i krótką sceną rozmowy z Dillingerem w więzieniu, Purvis jest tylko tłem, a pierwsze skrzypce gra Johnny. I całe szczęście, że jest w swojej roli doskonały.

Niby mam ochotę odradzać ten film każdemu, ale z drugiej strony jest w nim kilka genialnych scen, które sprawiają, że sam nabieram ochoty na ponowny seans, pomimo tych wszystkich wad.
_________________
Our time is running out
You can't push it underground
You can't stop it screaming out
winona
Avatar użytkownika
Obserwator
Kobieta
Podobał mi się ten film. Miejscami był nudny, ale do zniesienia. J. Depp jak zwykle doskonały w sej roli.
Przeważnie oglądam kilka razy filmy, które mi się podobają.
Odnośnie tego mam mieszane uczucia, ale skłaniałabym się do powtórnego obejrzenia.
Czyli nie było tak źle ;)
majlo
Avatar użytkownika
Fanatyk kina
Nie określona
To, co napisałem na innym forum zaraz po powrocie z seansu. Więcej pisać nie będę, bo ten film po prostu na to nie zasługuje:

Cytuj:
Ja właśnie wróciłem z seansu i na świeżo mogę jedynie powiedzieć, że mnie niemiłosiernie ten "kinowo-telewizyjny" film wynudził. Na tę chwilę ciężko mi jest powiedzieć cokolwiek pozytywnego. Jestem trochę zły, bo mogłem jednak zostać w domu i obejrzeć coś na DVD. Nie wiem, czym to było spowodowane, ale podejrzewam, że użyciem cyfrówki. W ogóle to do tego filmu nie pasowało i co chwilę się łapałem na tym, że ten zabieg mnie tak właściwie irytował. W "Collateral" to może i zadziałało, ale w "Public..." zdecydowanie nie. A na dodatek, ile można oglądać tych bliskich planów - zawrót głowy.

_________________
"Demokracja nie ma nic wspólnego z wolnością. Demokracja to łagodna forma komunizmu [...] - Hans-Herman Hoppe".

© 2003-2010 MovieForum.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oparte na systemie phpBB.
Partnerzy    Reklama